Potrzeba zmiany dopada mnie od paru lat zawsze o tej samej porze - w połowie lutego zaczynam mieć dość zimowych butów, brei na chodnikach lub - przy takowej braku - dużych mrozów, naelektryzowanych włosów, ciepłych czapek i ciężkich kurtek. Myślałam, że to się zmieni, gdy pojawi się Junior, ale okazało się, że nastawienie do zimy dziecię odziedziczyło po ciepłolubnej matce i wygodnym ojcu, który lubi zimę, gdy nie musi wychodzić z domu, względnie - ma trzy kroki z samochodu do miejsca pracy.
Podskórnie wyczuwam już wiosnę. Łapię każdy ewentualny promień słońca, zgrzytam zębami, gdy z nieba leci nie-wiadomo-co, bo ani to śnieg, ani deszcz ze śniegiem, zimno-nieprzyjemne coś, co spada na ziemię i przekształca się w mokre paskudztwo. Spokojnie, nie jestem malkontentką, pesymistką, ani meteopatką. Po prostu uparcie czekam na wiosnę. Na zieloną trawę, długie spacery, śpiewające za oknem ptaki, które tworzą doskonały akompaniament do porannej kawy. Na lekkie buty, cienkie kurtki i wiosenny ciepły deszcz. Na kwitnące jabłonie i magnolie.
Byle do wiosny...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz