sobota, 25 lutego 2012

mamowanie

Nie, nie stworzyłam neologizmu. Nie jestem w tym wypadku oryginalna, ale słowo "mamowanie" bardzo mi podpasowało.

Naszła mnie ostatnio refleksja, niestety, też nie oryginalna, bo już nie jeden raz zdarzyło mi się gdzieś w necie przeczytać, że to mamowanie właśnie proste nie jest. Kocham moje dziecko, uwielbiam spędzać z nim czas, nic nie sprawia mi większej frajdy, niż wspólne zabawy. "Mamuję" po raz pierwszy. I chyba właśnie dlatego nie mam dystansu do wielu zachowań Małego. Niecierpliwie czekam, aż powie "mama". A on z każdym dniem uczy się nowych słów, lecz uparcie nie chce się do mnie zwrócić. Zapytany, gdzie jest mama, pokazuje paluszkiem, przytula się, ale  po miesiącu nieustannego powtarzania mama, gdy miał 9 miesięcy, to słowo padło do tej pory z jego ust tylko kilka razy (a ma już niemal 2 lata). Nie powiem, żeby nie było mi przykro.

Boli mnie, gdy Mały wygania mnie z pokoju, wołając babcię, gdy zasypia. Im bardziej czekam na to jedno słowo, tym bardziej, mam wrażenie, on się powstrzymuje. Ale jak nie czekać? Chyba każda mama na to czeka...

Godzę moje mamowanie z pracą. Mam to szczęście, że sama sobie jestem szefem i układam własny grafik. Jednak po 5-6 godzinach poza domem pędzę przez miasto, by jak najszybciej znaleźć się przy Małym. Wpadam do domu, a mój pierworodny jest zajęty zabawą z tatą albo babcią. Nie ma nawet czasu na buziaka.

Niby wiem, że za parę minut przyjdzie, przytuli się, weźmie mnie za rękę i poprowadzi do swoich zabawek i do wieczora będziemy razem czytać, oglądać bajki niszczyć wieże z 5 klocków (bo rzadko udaje mi się zbudować coś większego, nim niszczycielski żywioł tego nie dopadnie...;)).   Wiem, ale wiedzieć to jedno, a czuć to coś zupełnie innego.

Nie, zdecydowanie mamowanie nie jest proste. No chyba że w kolorowych gazetach, w których mamusie mają nieskazitelne makijaże, wyprasowane sukienki i z hollywoodzkimi uśmiechami trzymają na kolanach swoje różowe, pyzate pociechy. 

Ale chyba jednak nie chcę, aby moje mamowanie było słodko-różowym lukrowanym filmem. Wolę już własne rozterki. I wspólne  tarzanie po podłodze w pochlapanym zupą dresie ;) 

Uczę się być mamą. Nie idealną. Chcę być fajną mamą dla mojego synka. I chcę go wychować na fajnego, mądrego człowieka. 

niedziela, 19 lutego 2012

potrzeba zmiany

Potrzeba zmiany dopada mnie od paru lat zawsze o tej samej porze - w połowie lutego zaczynam mieć dość zimowych butów, brei na chodnikach lub - przy takowej braku - dużych mrozów, naelektryzowanych włosów, ciepłych czapek i ciężkich kurtek. Myślałam, że to się zmieni, gdy pojawi się Junior, ale okazało się, że nastawienie do zimy dziecię odziedziczyło po ciepłolubnej matce i wygodnym ojcu, który lubi zimę, gdy nie musi wychodzić z domu, względnie - ma trzy kroki z samochodu do miejsca pracy.

Podskórnie wyczuwam już  wiosnę. Łapię każdy ewentualny promień słońca, zgrzytam zębami, gdy z nieba leci nie-wiadomo-co, bo ani to śnieg, ani deszcz ze śniegiem, zimno-nieprzyjemne coś, co spada na ziemię i przekształca się w mokre paskudztwo. Spokojnie, nie jestem malkontentką, pesymistką, ani meteopatką. Po prostu uparcie czekam na wiosnę. Na zieloną trawę, długie spacery, śpiewające za oknem ptaki, które tworzą doskonały akompaniament do porannej kawy. Na lekkie buty, cienkie kurtki i wiosenny ciepły deszcz. Na kwitnące jabłonie i magnolie.

Byle do wiosny...



niedziela, 5 lutego 2012

"jest zima, jest zimno"

Jak to w Misiu powiedziano. Co racja, to racja. Ale nam, Polakom, trudno dogodzić. Myślę i o sobie, a to stwierdzenie wcale nie ma charakteru skargi czy złośliwej uwagi. Ja też - jak większość - latem narzekam na upały, zimą na mróz. 
Podoba mi się ta nasza mroźna zima, gdy siedzę w domu z kubkiem pysznej herbaty, widzę czyste niebo za oknem i  nie muszę na zewnątrz nosa wystawiać. Podoba mi się nadal, choć mniej, gdy stoję na przystanku i czekam na autobus. Chciałabym jednak, żeby zima już nas pożegnała. Czekam na wiosnę, na kwitnące kwiaty, zielone liście, lekki wietrzyk, spacery, fiołki ukryte w trawie.

A póki co kończę dzień. Idę wtulić nos w pachnące włoski mojego synka, pogłaskać delikatną rączkę. Nie ma nic lepszego na takie mrozy...


piątek, 3 lutego 2012

początki

...są zawsze najgorsze. A jednak i ja wreszcie uległam modzie na blogowanie. Modzie? Hmm... Chyba raczej potrzebie. Potrzebie zapisania, zapamiętania, utrwalenia, zachowania przynajmniej paru chwil.